Za ponad 50 tysięcy złotych zbudowaliśmy na lodowisku system bramek, kodów QR i automatyzacji.
Pokonała go mokra kartka z paragonu.
To najlepsza definicja różnicy między projektem dopracowanym w sali konferencyjnej a projektem działającym w prawdziwym świecie.
Większość dobrych pomysłów nie umiera dlatego, że była do dupy.
Umiera, bo ktoś chciał, żeby od pierwszego dnia była idealna.
Dlatego lubię zasadę 80%.
Nie jako wymówkę dla bylejakości. Jako chłodną kalkulację inżynieryjną.
Pierwsze 80% projektu często daje większość wartości. Ostatnie 20% potrafi pożreć więcej czasu, energii i pieniędzy niż wszystko, co było wcześniej.
A później żal wyjebać projekt do kosza, bo już nas tyle kosztował…
Wersja na 80% może wejść na produkcję, zebrać baty i pokazać, co naprawdę ma znaczenie. A później dopracujemy (mając dane z rynku!!!) lub wyjebiemy do kosza (bez żalu).
Bo MarTech to nie jest operacja na otwartym sercu.
Jeżeli coś wyjebie się w kampanii albo w kodzie, klient nie obudzi się bez ręki. Najwyżej siądę zestresowany przy komputerze, rzucę kilkoma kurwami i poprawię to w locie.
A później powiem, że tak miało być.
Dokładnie tak było z naszym systemem na lodowisku.
Bramki źle rozstawione – zamieniony przód z tyłem. Potem przepinanie kabli, tokeny in/out zaczęły żyć własnym życiem. Testerzy na miejscu, koderzy zdalnie, poprawki i rosnące wkurwienie (Teraz gdy na to patrzę to mam ochotę zaśpiewać „Testerzy na miejscu tańczą kurwa mi baciate” XD).
A na końcu okazało się, że paragony z kodem QR rozmiękały od lodu i wilgoci. Ludzie je gubili, bramki się blokowały…XD
Prosta bransoletka NFC załatwiałaby temat szybciej, taniej i pewniej.
Mój szef jest perfekcjonistą. Ja człowiekiem od 80%, wdrożenia i testowania na żywym organizmie.
I co najzabawniejsze — obaj mamy rację.
On pilnuje, żeby rozwiązanie było najlepsze dla klienta. Ja zawsze pytam: a co to znaczy „najlepsze dla klienta” 
Czasem się przy tym wkurwiamy, ale potrafimy spotkać się pośrodku.
Wystarczająco dobre, żeby wejść na produkcję. Wystarczająco elastyczne, żeby poprawić je po zderzeniu z rzeczywistością.
Wypuść to. Zobacz, co się stanie. Jak będzie trzeba, poprawisz w biegu.
FB pozwala na dłuższe teksy, więc zamiast komentarzy, bonus leci w głównbym wątku.
GENERAŁ
Perfekcjonizm uruchamia czasem w głowie starego generała:
„Skoro straciliśmy już jeden pułk, musimy wysłać następny, bo inaczej pierwsza ofiara pójdzie na marne”. I tak właśnie straciliśmy jedyne pół miliona żołnierzy, ale z honorem i w słusznej sprawie 
W biznesie zamiast żołnierzy giną roboczogodziny, budżety i motywacja.
Wpakowałeś w projekt 300 godzin, więc zamiast pokazać go ludziom, dokładasz kolejne 300. Nie dlatego, że to poprawi wynik. Dlatego, że boisz się przyznać, że część wcześniejszej pracy mogła być zbędna.
To już nie jest troska o jakość.
To próba uratowania własnej decyzji za pomocą kolejnych zasobów.
Ostatnie 20% nie zawsze zwiększa wartość produktu. Czasem zwiększa tylko koszt przyznania, że trzeba było wcześniej powiedzieć: „sprawdzam”.
Perfekcjonizm bywa elegancką nazwą na strach przed weryfikacją.
STRONA ROBIONA DWA LATA
Kiedyś pracowałem dla jednej z największych firm IT w Polsce.
Ich nowa strona internetowa powstawała dwa lata.
Dwa lata spotkań, makiet, dyskusji i poprawek.
Przyszedłem i po dwóch tygodniach wrzuciliśmy ją na produkcję.
Ponieważ wdrożenie urosło już do rangi święta państwowego, szefostwo zrobiło prezentację, przemowy i jedzenie.
Na ekranie slajdy. Na sali świętowanie.
A w tle programiści zaczęli pisać:
„Tu nie działa”.
„To się rozjechało”.
„Na telefonie jest źle”.
„Formularz nie wysyła”.
Więc kiedy zarząd opowiadał o sukcesie wdrożenia, my rzucaliśmy kurwami i naprawialiśmy stronę na produkcji.
Czy w chwili startu była idealna?
Nie.
Czy po dwóch tygodniach istniała, działała i można ją było realnie poprawiać?
Tak.
Przez wcześniejsze dwa lata użytkownicy nie mogli zgłosić żadnego błędu.
Bo nie mieli czego używać.
Projekt możesz dopieszczać bez końca. Produkt musi kiedyś spotkać się z człowiekiem.

