Rok interwału. Znajdź trzy różnice.
Lekka podpowiedź.
- Tak. Mam włosy
(nie, nie przeszczepiają z dvpy)
- Tak. Nie mam koszulki.
- Tak. W GUESS-ie człowiek zawsze wygląda lepiej.
Żarcik na początku: “lepiej się dwa tygodnie wstydzić na wakacjach, niż cały rok ciężko trenować”
Rok temu byłem gruby.
Nie „mam trochę brzuszka”.
Gruby.
Przez kilka lat związku biegałem coraz mniej, za to systematycznie rozwijałem inne kompetencje.
Głównie:
„piwko”
„jedzonko_na_mieście”
„jeszcze_jedno_piwko”
I bardzo paskudnie zachorowałem. Grube Kości, Kortyzol, Haszimoto, Tarczyca*
*niepotrzebne skreślić
Potem się uwolniłem (pierwszy raz to nie ja byłem toxic, brawo Jakub, masz dopiero 43 lata XD)
A ja mam taki ciekawy mechanizm biologiczny, że jak się rozstaję, to wracam do biegania (i kodowania… i need money for food xd).
Kodowanie gotuje mi mózg. Bieganie go chłodzi.
Bieganie przejada budżet kraju wielkości San Escobar, kodowanie jest całkiem średnio opłacalne.
// OFFTOP
Policzyłem ile mnie kosztuje bieganie. 1500 zł miesięcznie.
TYSIĄC.
PIĘĆSET.
ZŁOTYCH.
MIESIĘCZNIE.
Bardzo mi się to nie podoba.
W tym miejscu oficjalnie tupię nogą z niezadowolenia.
Co oczywiście dodatkowo zwiększa zużycie buta.
I chyba dlatego zawsze wracam do jednego i drugiego.
Od piętnastu lat tak to wesoło sobie działa.
Więc wróciłem.
Najpierw trochę.
Potem więcej.
Potem zdecydowanie za dużo.
A teraz znowu potrafię zrobić ultramaraton z nudów bo “dobrze się biegnie” i pojawił się problem, o którym nikt nie mówi.
Wszyscy opowiadają o chorobie otyłościowej. „Muszę mniej jeść.” „Muszę schudnąć.” „Za dużo kalorii.”
Ludzie.
Wy nawet nie wiecie, jakie macie szczęście.
Ja mam coś znacznie gorszego.
CHOROBĘ MARATONOWĄ.
Objawy:
Wpierdalasz.
Wpierdalasz dalej.
Dorzucasz.
Jeszcze coś.
Więcej już się nie mieści w żołądku (4000 kcal dziennie!).
Patrzysz na bilans i myślisz:
„No przecież to już powinno wystarczyć.”
Nie wystarcza.
Po miesiącu wchodzisz na wagę.
Minus.
No kurwa.
Jeszcze trochę i zniknę (tiaaa raczej zbankrutuję XD).
I wtedy zaczynasz rozumieć, że istnieje również druga strona lustra.
Nie tylko:
„jak mało trzeba jeść, żeby schudnąć?”
ale też:
„ile, kurwa, trzeba zjeść, żeby przy takim spalaniu nie zniknąć?”
Oczywiście znam niezawodny sposób na szybkie i przyjemne dostarczanie kalorii 😛
Bo na czym przytyłem?
Na piwku.
Tylko jest jeden problem, którego nie potrafię obejść.
Ja mówię:
piwko
Ciśnienie mówi:
sprawdzam
Ja:
PIWKO
Ciśnienie:
SPRAWDZAM
Ja:
P-I-W-K-O
Ciśnienie:
WYLEW?
// Ostatnio projektuje OR-Tools Solver, to pojadę po nerdowemu: soft constraint = „fajnie byłoby posiedzieć w beach barze przy piwku”; hard constraint = „wypierdalaj”.
No dobra. Wiadomość przyjęta XD
Oczywiście, że nabijam się z ludzi, którzy… szukają wymówek swojego lenistwa i obżarstwa.
Z tego, że zamiast powiedzieć: „Lubię żreć. Lubię piwo. Mało się ruszam.”
trzeba czasami zbudować wokół tego całe medyczno-zodiakarskie uniwersum.
Grube Kości.
Kortyzol.
Haszimoto.
Tarczyca.
Fizyka suko!
Wstydzisz się, bo jesteś gruby?
Masz kompleksy bo wyglądasz inaczej niż człowiek z reklamy majtek?
No i chuj.
Nikt Was nie ocenia, a jeśli, to świadczy tylko o nim.
Przecież taka nasza natura.
Jedzenie dostępne?
Magazynuj.
Piwo dostępne?
Magazynuj.
Jutro może nie być.
No…
Problem polega tylko na tym, że jutro…
jest Żabka.
I pojutrze też.
I Uber Eats.
Mechanizm biologiczny został.
Środowisko trochę się, kurwa, zmieniło.
Ja osobiście jestem kryptogrubaskiem – kocham być otyły, kocham być leniwy, kocham piwko. I nikomu kurwa nic do tego.
No chyba że organizm zaczyna mówić:
sprawdzam.
Wtedy muszę ruszyć dupe (technicznie zbieram energię na kolejny związek i grube kości 🙂).
—
jakub.kodymowski.pl
MarTech × marketing × kodowanie × głupoty

