🟣 ZAZDROSZCZĘ LUDZIOM, KTÓRZY POTRAFIĄ JEŚĆ DLA SMAKU
Dieta biegacza, część 2.
Wczoraj ustaliliśmy, że cierpię na Chorobę Maratonową.
Objawy: „jak, kurwa, upchnąć jeszcze więcej żarcia?”
Niestety tutaj pojawia się pewien bug.
Ja niespecjalnie lubię jeść.
Znaczy — lubię.
Tylko najwyraźniej nie w sposób, który gastronomia przewidziała w dokumentacji.
Normalny człowiek patrzy na jedzenie i zastanawia się:
„Czy to będzie dobre?”
Ja patrzę i zastanawiam się:
„Ile ma kalorii, ile białka i jak szybko da się to przetransferować do organizmu?”
Zresztą wystarczy spojrzeć na mój prywatny katalog gastronomiczny:
Rozmemłana na żytnim.
Śrut Proteinowy.
Po prostu Baton.
Klasyczek na żytnim.
Jajeczny Pancerz.
Tak.
Naprawdę tak je nazywam XD
Rozmemłana szczególnie dobrze oddaje całą filozofię.
Ta ryba wygląda jak dane po parsowaniu.
Była kiedyś strukturą.
Miała prawdopodobnie jakieś właściwości, teksturę, godność.
Teraz jest już tylko formatem kompatybilnym z kromką chleba.
I to mniej więcej opisuje mój stosunek do gastronomii.
Tymczasem istnieją ludzie, którzy traktują jedzenie zupełnie inaczej.
Pozdrawiam Maćka.
Maćku.
Zazdroszczę Ci.
Naprawdę.
Są ludzie, którzy potrafią usiąść przy stole, dostać dobry kawałek wołowiny i powiedzieć:
„O kurwa. Ale to jest mięso.”
Widzą marmurkowatość.
Strukturę.
Tłuszcz.
Soczystość.
Dojrzewanie.
Prawdopodobnie gdzieś w tle grają skrzypce, a za oknem trwa mecz polo na śniegu w St. Moritz.
Ja patrzę i myślę:
białko.
Niestety mój mózg ma pewną wadę konstrukcyjną.
Lubi redukować rzeczy do poziomu, na którym przestają być romantyczne.
Atom is atom.
Cząstka is cząstka.
Białko is białko.
I żeby było jasne:
ja naprawdę próbuję.
Ktoś mówi:
„Spróbuj tego mięsa. Ono ma zupełnie inny smak.”
Próbuję.
Patrzę skupiony.
Żuję.
Analizuję.
Czekam na objawienie.
I po chwili dochodzę do odkrywczego wniosku:
tak. To chyba jest mięso.
Nawet kurwa nie wiem, czy gołomp, kangur czy soja. XD
// Prawdopodobnie właśnie umarł jakiś kucharz.
Wagyu?
Mięso.
Stek za 300 zł?
Mięso.
Wołowina z promocji?
Trochę bardziej mięso z promocji.
Moje kubki smakowe najwyraźniej zostały napisane przez juniora i nikt nigdy nie zrobił refaktoru.
Nie twierdzę, że różnicy nie ma.
Jest.
Tylko ja jestem kulinarnym odpowiednikiem człowieka, któremu puszczasz muzykę na kolumnach za 100 tysięcy, a on odpowiada:
„No fajnie. Głośno.”
I prawda pewnie jak zwykle leży gdzieś pośrodku.
Ja redukuję jedzenie do makroskładników trochę za mocno.
A część świata gastronomicznego robi z kawałka krowy teologię, rytuał przejścia i spotkanie z absolutem trochę za bardzo.
Czasami mam wrażenie, że zanim zjesz steka, powinieneś poznać:
imię krowy,
jej znak zodiaku,
historię relacji z ojcem,
i całą (C)hemię organiczną przed przygotowaniem (to nie literówka, to nerdowski żart 😀)
Ja chciałem tylko obiad.
Nie biografię.
I właśnie dlatego zazdroszczę Maćkowi i ludziom, którzy jedzą jedzenie, zamiast dokonywać natychmiastowej dekompilacji posiłku do:
42 g białka,
30 g tłuszczu,
trochę węgli,
można wracać do roboty.
Bo oni mają z tego doświadczenie.
Ja mam:
transfer danych.
Ktoś widzi pięknie wysmażony kawałek Wagyu.
Ja widzę bardzo drogi endpoint do dostarczania aminokwasów.
I czasami naprawdę chciałbym umieć to wyłączyć.
Usiąść.
Spróbować.
Nie analizować.
Nie przeliczać.
Nie sprowadzać wszystkiego do atomów.
Tylko powiedzieć:
„Kurwa, ale dobre.”
Na razie system tego ficzera nie wspiera.
atom_is_atom
cząstka_is_cząstka
białko_is_białko
Ale najgorsze jest coś innego.
Maciek ma rację.
I ja też mam rację.
Dla niego ten sam kawałek mięsa to:
smak,
tekstura,
jakość,
doświadczenie.
Dla mnie:
białko,.
tłuszcz,
kalorie.
I obie wersje są prawdziwe jednocześnie.
To jest, kurwa:
SCHRÖDINGER GASTRONOMII
Dopóki nie ugryziesz, masz jednocześnie:
ekskluzywne Wagyu
i
bardzo drogi nośnik aminokwasów.
Maciek otwiera pudełko i widzi doświadczenie kulinarne.
Ja otwieram pudełko i widzę strukturę danych.
Superpozycja trwa do pierwszego kęsa.
Potem Maciek mówi:
„Ale zajebiste.”
A ja:
„Tak. Białko.”
I właściwie mógłbym na tym zakończyć historię mojego stosunku do jedzenia.
Ale żeby nie było tak beznadziejnie:
Bóg Piwa jednak obdarzył mnie jednym działającym modułem smakowym.
Tylko że właśnie tutaj zaczyna się część trzecia.
I niestety…
ciśnienie już przeczytało dokumentację.
Jakub Kodymowski
MarTech × marketing × kodowanie × głupoty






