Follow the Sun. (Część 1 z 4).
Czyli dlaczego reorganizuję bazę, zanim świat zdecyduje, co się wydarzy.
[Uwaga techniczna: Miała być weekendowa trylogia. Wyszła… kwadrologia? Tetralogia? Nie wiem, nie umiem do 4
]
Oficjalnie pożegnałem się już z pewnym etapem.
Zrobiliśmy z chłopakami pożegnalny wieczór w mieście – tak jak należy. Chociaż, jak się okazało, nawet dorośli panowie nadal potrafią zachowywać się jak banda studentów po pierwszym stypendium.
Szlajałem się po swoich dawnych miejscówkach. I nagle dotarło do mnie, że przestałem być człowiekiem, który ich potrzebował. Czasami nie tęsknimy za miejscami. Tęsknimy za wersją siebie, która kiedyś w tych miejscach siedziała.
Zaczynam reorganizować swoją bazę we Wrocławiu.
Nie dlatego, że muszę.
Dlatego, że mogę.
W jednym z naszych cyklicznych projektów pojawiły się klasyczne tarcia.
Szef.
Menadżer.
Dwa różne spojrzenia na zarządzanie.
Jeden mówi:
„Liczą się godziny.”
Drugi odpowiada:
„Liczy się dowieziony wynik.”
Nie wiem, jak ta historia się skończy.
I właśnie dlatego już teraz zacząłem przygotowywać sobie grunt.
Ludzie często pytają mnie:
— Kuba… skąd ty zawsze wiesz, co się wydarzy?
Odpowiedź jest banalna.
Nie wiem.
Nigdy nie wiem.
I właśnie dlatego przygotowuję się na najbardziej prawdopodobne scenariusze.
Nazwałem to kiedyś Follow the Sun.
Nie dlatego, że brzmi mądrze.
Tylko dlatego, że dokładnie tak działa moje życie.
Nie przywiązuję się do miejsc.
Nie przywiązuję się do planów.
Nie przywiązuję się nawet do własnych pomysłów.
Przywiązuję się wyłącznie do celu.
Reszta jest tylko środkiem transportu.
Jeżeli za chwilę okaże się, że przez najbliższe miesiące moim centrum operacyjnym będzie Szczecin…
…to po prostu tam jadę.
Bez dramatu.
Bez paniki.
Bez tego całego LinkedInowego pierdolenia o „wychodzeniu ze strefy komfortu”.
Po prostu pakuję walizkę i Follow The Sun

