🟠 „Kuba, musisz w końcu nauczyć się delegować!”
No więc deleguję 😛
Stronę Hit2Fit składało z pół tuzina osób. Każdy dostał swój kawałek.
Dzisiaj zaglądam do jednego okienka z godzinami otwarcia, a tam kilkanaście tysięcy znaków HTML i CSS.
Trzy linijki godzin.
Jeden komunikat.
Kod jak do sterowania wahadłowcem.
XD
I nie, nie mam pretensji do ludzi, którym deleguje się zadania poza ich kompetencjami.
Chyba trochę na wyrost zakładam, że każdy zna HTML-a i CSS-a 😛
Bo jeśli ktoś nie zna, promptuje do Chata, kopiuje, wkleja i sprawdza, czy wygląda.
No wygląda 😀
A pod maską?
Cmentarz divów, klas i stylów inline.
Ale jest tu większy problem.
Nie jestem najlepszym backendowcem.
Ani frontendowcem.
Ani od baz danych, serwerów, CSS-u, UX-u, grafiki czy copywritingu.
Moja przewaga? Potrafię to wszystko połączyć w jedną technologiczną kanapkę.
W godzinę zbudować narzędzie, którego rozpisanie między działy, uzgodnienie, poskładanie i wdrożenie mogłoby zająć software house’owi tygodnie i kosztować dziesiątki tysięcy.
Bo mój backend nie musi umawiać calla z moim frontendem. XD
Więc kiedyś wymyśliłem sobie piękny model:
złożę osiem warstw sam, a potem oddam każdą lepszemu specjaliście do dopieszczenia.
NO I CHUJ XD
Bo po godzinie narzędzie już działa.
Wygląda dobrze.
Rozwiązuje problem.
I tutaj najlepszy przykład mam dosłownie przed nosem.
Nad stroną Hit2Fit pracowało kilka osób. Spotkania. Grafik. Web developer. Uzgodnienia. Poprawki. Kolejne poprawki.
Setki godzin pracy.
A i tak przed otwarciem usiadłem i w dwa tygodnie zrobiłem sprint, żeby to wszystko po prostu zaczęło działać tak, jak powinno.
I dzisiaj patrzę na tę stronę i mam dość zabawną refleksję:
lepsze strony stawiam teraz na szybko do projektów backendowych, bo „kurwa, jakiś interfejs przecież musi być” 😛
Bez projektu.
Bez wielkiego procesu.
Bez pięciu spotkań o odstępie między przyciskami.
Po prostu backend działa, więc przy okazji robię mu frontend, żeby nie wyglądał jak panel administracyjny elektrowni z 1998 roku.
I nagle mam zapłacić komuś kilka tysięcy, poświęcić czas na brief, omówienie, przegląd kodu i późniejszą integrację tylko po to, żeby poprawić coś, czego użytkownik prawdopodobnie nawet nie zauważy?
Znajomy programista ujął to kiedyś idealnie:
„Zaoszczędzę ci 15 minut frontu, a ty stracisz trzy godziny, żeby wpiąć mój kod w swoją kanapkę”.
I właśnie wtedy zrozumiałem, gdzie jest problem.
Delegowanie nie polega na przekazaniu zadania.
Polega na zdjęciu pracy z własnej głowy.
Jeśli po delegowaniu mam więcej roboty niż przed, to nie zoptymalizowałem procesu.
Zrobiłem sobie płatne DLC do problemów.
—
MarTech × marketing × kodowanie × głupoty

