🔴 LAPTOP GAMINGOWY DOESN’T EXIST.
Dzisiaj urwała mi się rączka w plecaku.
Markowym.
Po jakichś trzech miesiącach.
Popatrzyłem na nią, potem na laptopa.
Smuteczek 🙁
Plecak pierwszy złożył wypowiedzenie. Kręgosłup jeszcze walczy XD
Bo laptop gamingowy nie istnieje.
Dobra.
Zanim ktoś się zesra:
Mam laptopa gamingowego.
Mój syn też ma laptopa gamingowego.
W pracy też mam laptopa gamingowego.
Więc przemawiam jako ofiara tego segmentu rynku.
LAPTOP
To nie jest kurwa żaden laptop. Cechą laptopa jest mobilność.
Tymczasem mój waży mniej więcej:
70 kg + zasilacz
To nie jest urządzenie mobilne.
Przenieść z pokoju do pokoju?
Można.
Jedną ręką?
Raczej nie.
Potrzebne są dwie zdrowe, silne, męskie dłonie.
Czyli już odpadają moje XDDD
I najwyraźniej ODPADAJĄ również uchwyty w plecaku.
Wrrr.
GAMINGOWY
Tu przyznaję.
Gry działają.
I nawet bardzo dobrze.
U mnie RTX 4080 – 115W.
U młodego RTX 5070 – 130W.
FPS-y są. Czasem nawet ponad 300 🎉
Detale są.
DLSSy są.
Tylko kiedy odpalasz grę, laptop uruchamia również program kosmiczny.
Wentylatory:
3… 2… 1…
PIUUUUUUUUUUU MADAFAKA
I nagle nie grasz w Mass Effect.
Ty jesteś Mass Effect i właśnie startujesz w kierunku przekaźnika masy.
Kino 5D
Huk taki, że człowiek spodziewa się komunikatu:
„Proszę odsunąć się od platformy startowej”.
A przepływ powietrza?
Kurwa.
Po godzinie grania nie muszę odkurzać pokoju.
Laptop sam wyciąga koty spod szafek.
Próbowaliśmy podstawek.
Chłodzenia.
Podnoszenia.
Kombinowania.
I nadal:
ciepło.
Bo okazuje się, że włożenie bardzo mocnego hardware’u do obudowy grubości kanapki ma pewne ograniczenia fizyczne.
Szok i niedowierzanie kurwa.
BATERIA
Oczywiście laptop ma baterię.
Teoretycznie.
Podczas grania pełni mniej więcej funkcję UPS-a:
masz chwilę, żeby znaleźć gniazdko i podłączyć półtonowy zasilacz 180 W.
Tak.
180 W.
Zgodnie z normami UE to chyba nie jest już zasilacz.
To jest promiennik ciepła z kablem. XD
PODSUMOWANIE
Czyli mamy urządzenie:
— za ciężkie, żeby wygodnie nosić,
— za gorące, żeby spokojnie trzymać,
— za głośne, żeby zapomnieć, że działa,
— za drogie, żeby został hajs na zakup gier,
— wymagające zasilacza wielkości lodówki,
— które podczas grania najlepiej podłączyć bezpośrednio do infrastruktury energetycznej miasta.
Ale…
ALE JEST JEDNA ZAJEBISTA FUNKCJA
Pociąg.
Wyjazd służbowy.
Gierka.
Każda gierka która istnieje na Steamie.
I trochę status bardziej.
Wyciągasz na stolik tego kloca.
Aluminium.
Nerdowskie naklejki typu:
„jestem krypto furasem — nie mów nikomu” XD
Dyskretny znaczek Intel vPRO.
Trochę mniej dyskretny:
NVIDIA GEFORCE RTX.
Kładziesz obok zasilacz wielkości osiedlowej rozdzielni.
Otwierasz ekran.
Wentylatory robią:
fssssssssss
System odpala się szybciej, niż człowiek zdąży pożałować zakupu.
64 GB RAM-u.
SSD.
RTX.
Bogactwo.
Ludzie obok patrzą.
Nie wiedzą, czym się zajmujesz.
Nie wiedzą, czy umiesz programować.
Nie wiedzą, czy cokolwiek z tego, co robisz, ma sens.
Ale widzą sprzęt.
I myślą:
„Ten człowiek musi robić poważne rzeczy.”
I właśnie za to kocham laptopy gamingowe.
Bo to nie jest laptop.
To nie jest też do końca konsola.
To jest technologiczna bajaderka.
Trochę głupia.
Trochę absurdalna.
Trochę za ciężka.
Trochę za droga.
Ale jak coś jest głupie i działa, to przestaje być głupie.
Bo możesz siedzieć w pociągu i odpalić Cyberpunka w pełnych detalach przy kilkuset klatkach.
I wtedy już nie siedzisz w pierwszej klasie.
To pierwsza klasa ma zaszczyt Ciebie gościć. XD
MAŁY KONTEKST HISTORYCZNY
Zanim kupiłem laptopa gamingowego, problem mobilnego grania rozwiązywałem jeszcze bardziej po inżyniersku.
Na pięcio- czy sześciodniowy wyjazd służbowy brałem ze sobą…
PlayStation 5.
Normalnie.
PS5 do walizki.
HDMI.
Hotel.
Telewizor.
I wieczorem sobie grałem.
Rozwiązanie miało tylko jedną drobną wadę:
PlayStation nie jest urządzeniem szczególnie zachwyconym tym, że przez pół Polski robi za shaker do drinków.
Od telepania potrafiło się czasem zresetować.
Więc uznałem:
dobra.
Trzeba kupić coś bardziej mobilnego.
I tak kupiłem laptopa gamingowego.
Bogactwo.
Mobilność.
Postęp technologiczny.
Tylko plecak dzisiaj spojrzał na ten cały postęp i powiedział:
„ja pierdolę, dalej idź sam”.

