jakub kodymowski po co

Po co biegnę?

🟣 PO CO?
Wczoraj napisałem:
Cały stres jest prawdziwy.
Ryzyko jest prawdziwe.
Pieniądze są prawdziwe.
Nagroda nie jest.

No dobrze.
Jeżeli nagroda przestała działać, pojawia się dość oczywiste pytanie:
po co właściwie dalej zwiększać stawkę?

I tutaj dopiero robi się ciekawie.
Bo to nie będzie tekst pod tytułem:
„Pieniądze szczęścia nie dają”.
To byłoby banalne.
Pieniądze są zajebiste.

Tylko chyba przestały być odpowiedzią na pytanie:
„po co?”
Więc dzisiaj, w sobotę o 6:30 rano, idąc do biura, próbowałem sobie na to odpowiedzieć.
I wyszło mi, że nie wiem.

Mam za to kilka podejrzeń.

Pierwsze to spread technologiczny.
Jeżeli przez dwadzieścia lat uczysz się rozwiązywać problemy, zaczynasz patrzeć na nie trochę inaczej.
Ktoś widzi duży, drogi i upierdliwy problem.
Ty patrzysz i myślisz:
„Easy.”
I wtedy ciężko przejść obok.
To trochę jak mechanik, który słyszy źle pracujący silnik.
Może odejść.
Ale już, kurwa, usłyszał.

Drugie podejrzenie to coś, co nazwałbym obowiązkiem kompetencji.
Nie w żadnym patetycznym sensie.
Żadne „powołanie”.
Żadna „misja”.
Żadne „zmieniam świat”.
Po prostu:
mam narzędzie.
widzę śrubę.
no to ją dokręcam.
Jeżeli umiem zrobić coś, czego ktoś obok nie umie, i mogę jego duży problem zamienić w mały, to trochę głupio udawać, że go nie widzę.

Ale jest jeszcze trzecia odpowiedź.
I chyba najbardziej prawdziwa.
Siła rozpędu.
Nie wstaję rano z hymnem przedsiębiorcy na ustach.
Nie patrzę w lustro i nie mówię linkedinowego betonu w rodzaju:
„Dzisiaj zbuduję lepszy świat”.
Kurwa, bez przesady.

Po prostu od dwóch lat jestem rozpędzony.
Tak długo, że w pewnym momencie przestałem się zastanawiać, dlaczego właściwie biegnę.
To stało się domyślnym trybem działania.

Problem.
Rozwiązanie.
Następny problem.
Rozwiązanie.
Następny.

I może właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część.
Bo przez większość życia zadawałem sobie pytanie:
„Czy potrafię?”
A teraz, kiedy czasami zwolnię, pojawia się zupełnie inne:
„Po co?”
I z tym pytaniem mam znacznie większy problem.
Nie wiem.
I chyba na dzisiaj to najbardziej uczciwa odpowiedź.

Kilka razy kończyło się już dokładnie tak samo.
Siadałem nad Odrą sam ze swoimi myślami.
Wyciągałem piwo.
Zapalałem fajka.
Patrzyłem przed siebie i myślałem:
„Kurwa. Ale po co właściwie?”
I nadal nie znajdowałem odpowiedzi.

Więc dopijam piwo.
Kończę papierosa.
Wstaję.
I idę do pracy.

Nie dlatego, że muszę gdzieś dojść.
Po prostu dlatego, że dobrze mi się idzie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *